niedziela, 8 lipca 2012

Jeśli głupi, to blond?

Może z racji tego, że jestem CZARNĄ Owcą, to wkurzają mnie z natury dosyć tępawe blondi. Nie, nie mówię tu o kolorze włosów, ale o poziomie inteligencji, dziwnym trafem zwykle kojarzonym z tym kolorem włosów. Ktoś mógłby mi wytknąć "rasizm", ale może po prostu trafiam zwykle na głupotę w kolorze blond. 
Sytuacja dzisiejsza. Stoję sobie w sklepiku z produktami artystycznymi: farby, pędzle, przybory do decoupage'u, który namiętnie uprawiam oraz kartki pocztowe. Oczywiście to w skrócie. Pochłonięta oglądaniem deocupage'owskich nowinek nie zauważyłam tworzącej się kolejki do kasy. Trzymając wybraną farbkę akrylową w ręku stanęłam więc na końcu ogonka.
Po jakichś pięciu minutach zauważyłam, że stoję dokładnie w tym samym miejscu, a za mną jakieś kolejne dwie osoby. Chmm... Ciasno. Duszno się zrobiło... Toż to mały sklepik.
Wychyliłam swoją czuprynę z kolejki i nasłuchuję. A przy kasie rozpacz pełną gębą. Pani Blondi jest w wielkim szoku, że nie ma jedenastu jednakowych kartek/ zaproszeń na komunię dla jej córeczki. Kasjer, w średnim już wieku, dzielnie utrzymywał spokój i nerwy na wodzy, po raz kolejny tłumacząc kobiecie, że są różnokolorowe w tym samym wzorze, w sensie z dodatkami zielonymi, kremowymi, niebieskimi... Nie, bo mają być różowe. Pan tłumaczy, że nie zamawia ich dużo, zwłaszcza na komunie, bo po prostu nie schodzą i zostają na następny rok. Ale Pani Blondi nie ustępuje. Dzwonimy do hurtownika, wraz z jakimiś dziewięcioma świadkami - kolejkowiczami. Jej partner zerka jednak na nas spode łba oraz znad zbyt rozbudowanego karku, który opina naprężony złoty łańcuch. Okazuje się, że hurtownik też już nie ma. 
<Ojejku, co ja zrobię?> rozpacza bidulka.
<A kiedy ta komunia?>rozlega się ze środka kolejki. Zgadza się, było moje beee...
<W niedzielę> odpowiada Blondi
<JUTRO?> rzekli chyba wszyscy.
<Nie, trzynastego maja> 
<To nie może sobie pani zamówić takich samych kartek, np. przez internet?> zapytałam cichutko.
<Ale ja jutro zapraszam już gości!> wrzasnęła już z jadem w naszą, a najbardziej moją stronę. 
Najgorsze, że jej partner - Karkuch, tak go sobie nazwałam, zaczął już oglądać witrynę bliżej mnie. W obawie przed utratą zębów, wyrwanych zapewne grubym, złotym łańcuchem, zamknęłam japę w pośpiechu. 
Obserwując bacznie poczynanie Karkucha, zaskoczona podskoczyłam, gdy ktoś zdecydowanym ruchem odebrał mi farbkę z ręki. Okazało się, że Pan Kasjer, nie zwracając uwagi na szlochy Pani Blondi, dzielnie obsłużył prawie całą kolejkę.
Zdeprymowana wzrokiem Karkucha, uciekłam stamtąd szybko i nie wiem, jak się zakończyła ta "tragiczna" historia.

Czy to ja tak mam? Czy Wy też, jeśli natrafiacie na głupiutkie dziewoje, to zwykle w kolorze blond?

sobota, 7 lipca 2012

Czarna Owca za kierownicą, odgarniając swoje wełniane loki, patrzy na innych spode łba, ale przyjaznym pyskiem. W ogóle, mówiąc całkiem serio, propaguję zawsze kulturę na drodze, staram się przepuszczać zwłaszcza ciężarówki, tiry, bo one jeżdżąc zarabiają. Co mają zrobić kierowcy "dużych mobilków", gdy stoją na skrzyżowaniu przez 5 minut, nie mając perspektyw na włączenie się do ruchu, tylko dlatego, że dłużej im schodzi wbić się między autka na drodze z pierwszeństwem? A przez takie opóźnienia, mają najczęściej nerwówkę, która może się przeradzać w późniejsze niebezpieczne manewry. 
Staram się przepuszczać pieszych na pasach, wkurza mnie tylko, jak targną na drogę, nie patrząc nawet czy coś jedzie, czy nie. Jak święte krowy. Bo są na pasach. A ja przecież nie wyhamuję w 2 metry. Poza tym teoria głosi, że to ja mam pierwszeństwo, a nie pieszy biegnący z połowy chodnika.
Jechałam dzisiaj drogą, taką sobie przelotową, krajówką, wąską jak stringi striptizerki, na której ciężarówce zwisa połowa opony, bo się nie mieści. Jedziemy z mobilkami w tzw. kolumnie, gęsiego, grzecznie 70, a tu nagle koledzy zwalniają praktycznie do zera. Co jest? 
Okazało się, że połowę nitki- stringówki zajęła rowerowa baba, obładowana jakimiś tobołkami z obu stron uginającego się bicykla z ery chyba przedpotopowej. Baba, jako jakże ważny użytkownik drogi, dumnie popychała pedały biednego roweru, jadąc ok. 2 metry od, specjalnie również dla niej, wytyczonej drogi rowerowej. 
Każdy czterokołowiec, w tym Owcy również, musiał za babą wyhamować, wrzucić lewy kierunek i rozpocząć manewr wyprzedzania. Tylko dlatego, że szanownej babie nie kwapiło się jechać po żwirowej ścieżce rowerowej - tuż obok, utwardzonej specjalnie na potrzeby jednośladów. 
Zastanawiam się jakim trzeba być egoistycznym i chamskim w swoim zachowaniu, aby nie zwracać uwagi na potrzeby innych użytkowników drogi, a przede wszystkim nie dając o własne bezpieczeństwo. 

piątek, 6 lipca 2012

By psychika przetrwała

Tak to czasem jest, że kobieta - żona, jest bardziej potrzebna facetowi, niż ona sama myśli. Mężulski jest dla mnie opoką, oparciem w każdej zwykłej sytuacji. Nie jest zbyt rozrywkowy, to ja pilnuję odpowiedniego poziomu małżeńskiego szaleństwa. I choć ta stateczność zwykle wpływa pozytywnie na jego i moją duszę, to czasami potrafi harmonię zamienić w równię pochyłą. 
Dużo się naskładało na barki Mężulskiego, dużo. Mimo, że postawny, ciężko czasem nosić ten bagaż zmartwień, problemów, tych rozwiązywalnych i nierozwiązywalnych. A jeśli nawet rozwiązywalnych, to przy użyciu supermocy, czasu i pieniędzy. 
Staram się, ba, oboje się staramy, aby frustracje dotyczące naszej samooceny, kłopotów rodzinnych, finansów i nie tylko, nie wpływały bezpośrednio na jakość komunikacji w naszym małżeńskim grajdołku. 
Nie zawsze jednak założenia mają w pełni odzwierciedlenie w praktyce.
Uprzedzam - nie mamy żadnego kryzysu, nie kłócimy się, nie mamy cichych dni. Nasze relacje, nie te krótkotrwałe, oparte na dniu, lub chwili, ale te stałe są ustabilizowane. Nadal jedno nie może w pełni funkcjonować bez drugiego i ta tęsknota, gdy go/jej nie ma obok... Ta tęsknota, trochę gorzka, ale słodka zarazem jest tak bardzo nam - partnerom potrzebna. I to jest piękne.
Czasem jest jednak tak, że jest tych spraw codziennych za dużo jak na jednego człowieka. W naszym przypadku, jest ich za dużo jak na dwoje ludzi. I to przytłacza. Zarówno ze strony fizycznej, organizacyjnej, jak i psychicznej.
Co można zrobić, aby móc myśleć inaczej? Powtarzać jak mantrę "będzie dobrze"? Z czasem to nie wystarcza, a im człowiek, paradoksalnie, rozumniejszy, tym psychologiczne zabiegi szybciej kierują swój tor na stację "Fiasko".
Suma sumarum trwamy tak w psychicznym dołku, bo jak jedno, to i drugie, może podzielimy tę szarość po połowie...
Będzie dobrze.
Będzie dobrze.
Będzie dobrze.


A może i faktycznie jest mi po tym lepiej?

czwartek, 5 lipca 2012

Kredyt? Najpierw wypij - melissę...

Dzień rozpoczął się ranną gonitwą do banku. Gonitwą koni mechanicznych oczywiście. Ładnie, cacy - oferta. Kredyt, uwaga, z najniższą marżą.  No tak, tylko co trzeba zrobić, aby taką marżę uzyskać?
A trzy proste kroki.
Założyć konto, na które wpływy powyżej 2000 tysiaków. Spoko... Do przełknięcia. Zachodu będzie z zamykaniem poprzedniego konta w innym banku oczywiście, ale nie to najważniejsze. Bankowość internetowa jest, ale nie jak w normalnym banku, że po przelewie przychodzi sms z kodem, ale dołączony token. WTF? Token? W sensie walken-talken? O co chodzi? Zanim obczaję ten mini kalkulator, pewnie osiwieję... 
Po drugie karty, karty dwie. Z tych wszystkich kart jakie mam w portfelu mogłabym ułożyć już całe miasteczko karciane, a w czasie wolnym zagrać w Piotrusia. Za karty opłata, ale za wpływy na konto nagroda za użytkowanie konta. Nazywa się ślicznie, de facto wychodzisz na zero...  Czy ktoś to jeszcze rozumie? 
Kolejna- karta kredytowa. Nasze pytanie do pani bankier: Po co jeszcze karta kredytowa, skoro mamy dwie karty debetowe do konta? Pani Blondi uśmiechnęła się do nas miluśnie i zaczęła wymieniać setki zalet karty kredytowej. No ok... Ale w naszym przypadku to samo możemy robić z debetowymi, a przy staraniu o kredyt, karta kredytowa jeszcze obniża zdolność kredytową. 
- No tak - mówi pani Blondi - a w państwa przypadku obniża wasz kredyt o 0,15% od kwoty kredytu.
- Yaaaaa.... super, juhu, hu, ju i w ogóle - ucieszeni wielce.
Ale jest myk. Należy tą kartą przeprowadzać operacje na daną kwotę miesięcznie. 
Popatrzyliśmy z Mężulskim na siebie. Już nic z tego nie rozumieliśmy. To mamy płacić kartami debetowymi, kartą kredytową, płacić ratę i pilnować obrotów na koncie? A, przepraszam, spytam nieśmiało, będzie jeszcze czas na to, abyśmy rzekli coś do siebie w międzyczasie?
I trzecia opłata, która paradoksalnie obniża marżę kredytu. To ubezpieczenie.
Ale czyje? 
No najlepiej Wnioskodawcy - na życie, ubezpieczenie nieruchomości - od nieszczęść i samego kredytu.
Em... Jak to? 
No tak przecież za to, że bank obniży swój zysk, ustali taką kwotę ubezpieczenia, aby móc się jeszcze podzielić z firmą ubezpieczeniową. W trosce o klienta oczywiście.
Czy wreszcie hasła z billboardów na dobre zagoszczą na twarzach bankierów, zmywając przy tym ich uśmieszek pt. "znaj łaskę pana"?

Oj zachciało się własnego pastwiska, to cierpmy... 
Beee...

środa, 4 lipca 2012

Przegląd auta

Taaaa.... Jak co roku firma Mężulskiego zleca coroczny przegląd służbówek. Z dumą "wolnego" poniedziałku pojechał bladym świtem do salonu, w którym to panowie mechanicy sprawdzają podroby autka.
Wieczorem w niedzielę zapisaliśmy wszystkie rzeczy, które mechanicy powinni wymienić, sprawdzić i naprawić. Jeżeli chodzi o sprawdzenie, czy naprawę to nigdy nie było żadnego problemu. Może dlatego, że naprawa odbywała się pod hasłem "jeszcze wytrzyma", a sprawdzenie pod hasłem "na pewno działa, h... z tym..." 
Ubiegłego roku wycieraczki przednie były dość mocno zużyte i nie zgarniały wody z szyby tak, jak powinny. Mężulski poprosił więc grzecznie o ich wymianę. Posiedział, pooglądał gazety z autami i gołymi babami, a gdy jego znudzenie osiągnęło apogeum, wszedł do biura pan, uroczyście wręczając mu kluczyki, stwierdził z uśmiechem, że "gotowe". No i super. Piękny dzień, słoneczny, Mężulski wsiadł i odjechał. 
Następnego dnia zaczęło padać. Zadowolony, że zdążył z wymianą wycieraczek, hyc! I "puścił gumy w ruch". Gumy wycieraczek oczywiście :) Jakież było jego zdziwienie, gdy nowe, zbierały krople wody nawet gorzej niż stare. Patrzy w książkę serwisową: no tak, wymiana wycieraczek zapisana jak byk. A po dokładnym sprawdzeniu, okazało się, że to te same wycieraczki... 
Żenada, panowie serwisanci... 
Dziś z uśmiechem przybył Mężulski do tegoż samego serwisu i zażyczył sobie pozostawić w środku auta pudełka po każdej nowej części jaką panowie "wymienili". Szef serwisu żachnął się, że oni nie oszukują klientów, nigdy, przenigdy, w ogóle i na Najświętszą Panienkę. Klient uśmiechnął się tylko blado i skrupulatnie liczył pudełka, trzymając w dłoni książkę serwisową.

A propo's wycieraczek, to znajomy wygrał kiedyś główną nagrodę Łosia Roku. 
Kupił nowe wycieraczki, nie oszczędzając zbytnio, bo "markowe", niezawodne, nowej generacji, itp... Założył, dumny ze swego zakupu i zaczął przeklinać producentów, że jakieś h....owe, do dupy i jak on ich złapie to jaja powyrywa za takie oszustwo. Wody nie zbierają, tylko rozmazują po szybie, piszczą przy każdym ruchu. Pojechał z powrotem do sklepu pokazać na co dał się naciąć. Sprzedawca ze stoickim spokojem podszedł do auta, odgiął ramię wycieraczki, zdjął folię zabezpieczającą i świadczącą o nowości wycieraczek i życząc szerokiej drogi oddalił się w stronę sklepu. 
 hehe 

No, Łoś Roku...

wtorek, 3 lipca 2012

Nie trzeba owijać w papier i tak wiadomo co to

No i tak to.. Piątek szybkie zakupy w rynku, odwiedziny u krawcowej, ponieważ producenci spodni notorycznie zapominają o tym, że kobieta ma wcięcie w pasie. Zwłaszcza chińscy producenci spodni. Przeglądałam przed chwilą zdjęcia Chinek i wcale nie wyglądają jak pustaki bez uwydatnionej miednicy i wspomnianego już wcięcia w talii. Trudno, pani Krystyna zamieni trend chiński na polski.
Stojąc w kolejce bez końca w spożywczym zauważyłam koleżankę z dawnych lat licealnych. Koleżanka pochodzi z rodziny alkoholików,  w domu działy się różne sceny, a że mieszkamy w małym miasteczku, to sąsiad sąsiadowi w garczki zawsze spojrzy. Libacje, zdrady, wytrzeźwieniówka i ogólne awantury rozprzestrzeniały się nie tylko na miasteczko, ale i na okolice. Elka przychodziła ze szkoły, niańczyła swoich braci i siostrzyczki (pięcioro rodzeństwa), podczas gdy matka z rozłożonymi nogami przyjmowała na leżąco kolejnego konkubenta. Nie byłyśmy specjalnie blisko, jej rodzinne sprawy odrzucały mnie nieco od jej towarzystwa. Nie wiem czy bardziej przez stereotypowe "z jakim przystajesz, takim się stajesz", czy z innych powodów, znanych tylko rozumowaniu nastolatki. Elka była trochę inna i powzięła mocne postanowienie odseparowania się od rodziny i jej złych wpływów. Oczywiście nadal mieszkała z rodzicami, no bo kto by się zajął jej młodszym rodzeństwem. Starała się jednak uczyć na poziomie, poszła do liceum i zamierzała przystąpić do matury. Trudna sytuacja i presja jaką odczuwała przed samą sobą oddziaływała na nią destrukcyjnie. A jedynym sposobem rozluźnienia się, jaki znała to alkohol. Tak więc upajała się nim czasem nawet w szkole. Nie, nie sama, zawsze znalazł się obok niej odpowiedni "polewacz". Z jednym takim zaszła w ciążę. Rzuciła szkołę, zamieszkała z nim w pobliskiej wiosce, ale po urodzeniu córki wróciła do rodziców - nie wyszło. Z rozpaczy, czy z braku zajęcia szybko znalazła się z drugim dzieckiem pod sercem. Postępowanie rodziców nie zmieniło się. Parokrotnie, w upojeniu alkoholowym, wyrzucali ją z dziećmi z domu. Pomagały siostry zakonne, Caritas, opieka społeczna. Pożyczała pieniądze od znajomych na wieczne oddanie, podobno nawet kradła.
Gdy widziałam ją dziś w sklepie stała przy ladzie z jednym dzieckiem na rękach i dwójką pałętających się jej wokół nóg. Widziałam stojące zawiniątko przy kasie, zza papieru wystawała metalowa nakrętka, nie trzeba owijać w papier i tak wiadomo co to... Dzieciaki marudziły o lizaka, poprosiła o najtańsze 3 sztuki. No tak przecież flacha musi być, a dzieciaki zaraz urosną, na co im szczęśliwe dzieciństwo? Małe przyjemności, jak lizak... Zrobiło mi się bardzo smutno.
Czekam na dziecko, cierpliwie, dzień po dniu, chcę aby miało zapewnione wszystko co sprawi mu radość. Nie mówię tu nawet o rzeczach materialnych, nie zamierzamy z Mężulskim zwariować na punkcie rekordowych ilości zabawek, etc... Wystarczy maluchom huśtawka, bajki te opowiadane, i te czytane oraz czas spędzany razem. Na trzeźwo.
I teraz koronne pytanie: Dlaczego tak się stało? Czemu mocne argumenty i postanowienia młodej dziewczyny spaliły na panewce?
Czy przez geny, czy brak wzorców wychowawczych, czy po prostu własną głupotę?
Szkoda tylko dzieci...

poniedziałek, 2 lipca 2012

Prąd mnie nie pieści...

W odniesieniu do związku frazeologicznego "popieścić prądem", rozpoczynam wywalanie wszystkich żalów na firmę dostarczającą tę upragnioną do egzystencji nić.
Bynajmniej nie jest to nić porozumienia. Ale od początku. 
Jakiś tydzień temu <pyk!> i prądu brak... od godziny 9 rano do 15...
W sobotę Mężulski, jako wierny fan F1, zasiada- polsat - <pyk!> prądu nie ma... 9.30 - 14.30.
No i dzisiaj, epicentrum mojego wku...wienia... 7.30 - 16.20... Cały dzień bez życiodajnej energii... Rano - kawa. Mężulski do pracy, szybko szybko. Ekspres nie działa. Stawiam garnek na gazie, zapalacz w kuchence nie działa. W gorączkowym poszukiwaniu zapałek, przewalam pół kuchni. Nareszcie mam, szybko otwieram pudełko, fuuu... Oczywiście wszystkie, co do joty, wysypały się na podłogę. Zadumałam się chwilę, czy nie ułożyły się czasem w jakiś fajny kształt, ale nic z tego. Widocznie wszechświat nie miał mi dzisiaj nic do powiedzenia, bo stracił ze mną łączność... Ok. Zapaliłam pod garnkiem i czekam. Cierpliwie. Spokojnie. No ileż można czekać?! Jest! Wrze, po 7 minutach patrzenia w garnek. Mężulski przeżuwszy wszystkie fusy w kubku, zamruczał, że wychodzi. 
No i zostałam sama ze sobą. Ani internetu, w telewizji nic nie gada, (a wtedy czuję się mniej samotna), pralka uśmiecha się do mnie w ironicznym stylu, typu: "no i co? od czego ma się rączki?" No dobra, dobra. W końcu korona mi z głowy nie spadnie. Wyprawszy bieliznę i dwie koszulki, wpadłam na pomysł sprawdzenia, czy nie wiszą na słupach jakieś informacje o braku prądu. Obeszłam całe osiedle. Nic. Ludzie łażą bez celu po podwórkach, znaczy u nich także nie ma prądu... 
Poszukałam rachunku. Wszystko jest, oprócz nr-u telefonu do firmy. Już nie mówię o numerze alarmowym, ale jakiś kontakt by się przydał. Jak mam sobie sprawdzić, skoro internet nie działa? Na szczęście zapisałam jakiś numer przy liczniku. 
Dzwonię. Oczywiście pani nie wie, poda numer, pod który mam dzwonić. 
Dzwonię. Pani. Pani nie wie, to sprawa nie do niej.
Gula skoczyła mi na szyi. Ok, zapisałam "prawidłowy" nr.
Dzwonię. Tak, Pan przyjmuje zgłoszenia o usterkach, ale nie w tym obszarze.
To gdzie ja mieszkam? W Nikaragui? 
Pan, może i bogu ducha winien, zebrał ode mnie wiązankę wiosennych wyznań, a propos firmy, informacji publicznej odnośnie przerw w dostawie, itp. 
Skruszony podał mi nr do "kolegi", abym spytała o przyczynę przerwy w dostawie prądu. 
Awaria. Usuwanie skutków potrwa kilka godzin. Kilka, czyli 3, 4, czy 10? 
Cały dzień bez prądu. Niewiele udało mi się zrobić z zaplanowanych rzeczy. Przede wszystkim z pracy na komputerze.
Niestety, czasem trzeba wrócić do epoki kamienia, aby dostrzec piękno codziennych pieszczot "Pana Prąda".